Zakładki:
******************* androsace@gazeta.pl
******************* Autoryzacja Zdjęć: Lu
******************* Własne Blogi
2006 BLOG ROKU
Alfabet: A
Alfabet: B
Alfabet: C,D
Alfabet: E,F
Alfabet: G,H,I
Alfabet: J,K,L,Ł
Alfabet: M
Alfabet: N,Ń
Alfabet: Ó,O
Alfabet: P
Alfabet: Q,R
Alfabet: S,Ś
Alfabet: T,U
Alfabet: V
Alfabet: W
Alfabet: X,Y,Z,Ź,Ż
Alfabet: zdjęciowe
Alfabet: zpoczekalnia
Alfabet: zzamknięte
ARTYSTYCZNIE
KONTAKTOWO
NAUKOWO
RELIGIJNIE
|
niedziela, 29 stycznia 2012
Sytuacja w pracy zaczyna dzialac mi na nerwy
...dziennik pokladowy, londyn, sobota, 14 styczen 2012 r.... To miala byc polroczna zabawa na obczyznie, odetchniecie, zmiana klimatu dla zdrowia itp. tresci, ktore mozna sobie do mojego wyjazdu dopisac... Zwyczajne zastepstwo za kogos kto jest na macierzynskim... I wszystko dobrze bylo do polowy grudnia, gdyz zalozenie bylo takie, ze pracuje z druga dziewczyna z Polski, dopoki jej kolezanka nie wroci, a wtedy albo pakoje sie do Polski albo zostaje i szukam sobie czegos nowego na wyspach... Prosta i jasna sytuacja... W polowie grudnia, dziewczyna, z ktora pracowalam pojechala do Polski, wiadomo, swieta, nowy rok, urlop, wypoczynek... Mialam zastepowac ja jak jej nie bedzie. Dwa tygodnie to podobno nic strasznego byc sama, ale to nie prawda. A gdy wrocila w styczniu to odeszla z pracy... Mialam zastepowac ja tylko przez dwa tygodnie, a tu mija miesiac, od polowy grudnia do polowy stycznia pracowalam sama. Ekstra. Swietna sprawa. W polowie stycznia dostalam do pomocy Kolumbijke, ktora nie mowi wcale po angielsku, wiec dla mnie to jest jeszcze gorzej niz jakbym byla sama. Wiadomo, dla mnie lepiej, bo mam w koncu jakas pomoc, ale co to za pomoc, jak musze wszystko po niej poprawiac. Irytuje mnie ta cala sytuacja i zaczyna dzialac mi na nerwy.
Urodziny
...dziennik pokladowy, londyn, piatek i sobota, dn. 13 - 14 styczen 2012 r.... Dzien urodzin spedzilam na wloczeniu sie po Londynie, robieniu zdjec, wypiciu w pubie goracej czekolady i zjedzeniu kawalaka ciasta, ktore mogloby mi przypominac tort. Chwila odpoczynku i samotnosci dobrze mi zrobila. Chwila samotnosci trwala do czasu miedzy zamowieniem zlozonym kelnerce, a dostarczeniem zamowionych produktow na stol. Dlaczego? Zadzwonila do mnie kolezanka i powiedziala, ze natychmiast mam sie wynosic z pubu i przyjsc do niej. Koncowke urodzin spedzilam na malej domowej imprezie u kolezanki, gdzie siedzielismy we czworke. Myslalam, ze uda mi sie wymigac od urodzin, ale niestety... Dziewczyny zrobily mi urodzinowy tort w sobote... Nie wiem jak to jest, ale klade sie spac okolo pierwszej w nocy. I jakos wieczorem nie chce mi sie spac. Wtedy przychodza refleksje na smsy, ale stwierdzam, ze w Polsce jest druga godzina i to nie wypada slac smsa w srodku nocy... Zima, zima... a sniegu w Londynie nie ma :)
Przeglad magazynow
...dziennik pokladowy, londyn, dn. 12 styczen 2012 r.... Kolejne wiesci z Londynu... I tym razem rowniez babski temat, choc moze to nie calkiem az tak babski temat, bo jak sie zastanowie to i tak wiecej jest projektantow niz projektantek... Widzialam kilka modowych magazynow. Wlos na glowie sie jezy, oczy otwieraja sie szerzej ze zdumienia i przerazenia... Londyn jak wiecie jest jednym z kilku miejsc na swiecie, w ktorym odbywaja sie regularnie pokazy mody... I tu stawiam wiele znakow zapytania ?????? Swiatowi projektanci... Powiedzmy sobie, o tyle o ile sa swiatowi (tak naprawde to nie mam pojecia dlaczego maja taka range, gdyz niektorzy z nch wcale na nia nie zasluzyli)... Zaczne od waszej wyobrazni... Magazyn modowy, okolo 200 stron, na jednego projektanta przypadaja dwie strony, w ktorym pokazuje on okolo 40 strojow... Jak znalazlam piec strojow w calym magazynie, ktore moga nadawac sie do noszenia tak na co dzien na ulice to gora. Worek po ziemniakach ze sznurkiem jest ladniejszym strojem niz te straszydla z magazynow. Ale coz ja tam moge wiedziec o modzie i o wielkim modowym swiecie...
Wiem natomiast jedno, ze nie chcialabym miec stroju w swojej szafie od projektanta, ktory kreuje brzydote kobiety i swoim strojem akurat to podkresla. A po drugie chyba juz mamy tak wielkie klapki na oczach, ze nie widzimy brzydkich rzeczy. Jesli wmowia nam, ze brzydkie jest ladne to tak to przyjmujemy. Wiec w calym brzydkim nowoczesnie dizajnowskim swiecie projektantow nadal popieram klasyke, elegancje, delikatny szyk, dobry gust i przyjemny smak kobiecej delikatnosci.
wtorek, 24 stycznia 2012
Markowe ciuchy
...dziennik pokladowy, londyn, dn. 12 styczen 2012 r.... Tym razem skupie sie na markach znanych projektantow, czyli wazna metka... Tak, tak, swiatowe osobistosci (Chanel, Kenzo, D&G itp.), o ktorych my szaraki zazwyczaj tylko wiemy lub czasem slyszymy lub moze czytamy w gazetach, o ile w ogole czytamy. Natomiast nie kupujemy ich produktow, bo zazwyczaj nie stac nas na takie trwonienie pieniedzy, albo przy naszych zarobkach po prostu produkty sa zbyt drogie... Natomiast tutaj, tzn. w Londynie, idac ulica, jadac autobusem, podrozujac metrem widac te znane metki i ich logo na co dzien, np: ktos ma okulary od Diora, ktos inny torebke od Chanel... W zwiazku z tym, ze zaczyna mnie to meczyc i dreczyc, no i sama tez przeciez jestem w juz Londynie, postanowilam rowniez poszukac tych produktow w rozsadnych cenach, bo tutaj mozna znalezc znana metke, tak na porzadku dziennym. Postanowilam nosic znana marke. Szukam. A z racji tego, ze zawsze odszywam metki, bo mnie gryza, a zreszta nie lubie tez doczepianych kawaleczkow materialow do ubran, czasem szeleszczacych, czasem wielkosci prawie kartki z zeszytu, wiec chyba ta jedna zostawie :) Kupilam sobie spodnie Kenzo :) Kilka dni pozniej szwagier zapytal sie mnie: Czy nabylam juz torebke od "marka"? I okreslenie: "cos od marka" podoba mi sie szalenie. Coz, wiec nosze rzeczy nie markowe, ale od marka... Wiec "marek" stal sie moim ulubionym projektantem... A tak przy okazji to nabylam tylko spodnie. Aha i mam jeszcze torebke Fossil, ale niestety nie wiem, czy jest to ktos kto zalicza sie do dobrych projektantow, ktos z dobrym prestizem. Niestety jestem ignorantka jesli chodzi o wiedze dotyczaca projektantow i jakos nie interesuje mnie to. Wazne dla mnie jest to, ze torebka jest bardzo uzyteczna, klasyczna w wygladzie, tak na co dzien, wygodna do noszenia sniadania i to mi wystarcza... Kto ja zaprojektowal nie jest dla mnie istotne. Natomiast wazne jest to, ze byla dla mnie w bardzo rozsadnej cenie...
sobota, 07 stycznia 2012
Zalamanie
...dziennik pokladowy, londyn, piatek, dn. 6 styczen 2012 r.... Szosty styczen... W Polsce to dzien wolny od pracy... Swieto Trzech Kroli... Poszlam do kosiola... I zaczelam przezywac kolejne zalamanie z bycia na obczyznie... Byl to jeden z pierwszych wspolnych dni dla tych, ktorzy powrocili na obczyzne, do zycia jakie wioda tutaj od kilku juz lat. Maja do czego wracac... Wracaja do ludzi, ktorych tutaj znaja... To jest juz ich swiat... Ale czy to jest moj swiat? Patrzylam na ludzi wokol siebie, na tych, ktorych zdazylam juz tu poznac, tych blizszych i chociazby tych z widzenia. Nawet w kosciele widze tych samych ludzi na tych samych miejscach. Tu nawet lawka koscielna przypisana jest do jakiejs osoby. Tak bardzo Ci ludzie potrzebuja tutaj czegos swojego, potrzebuja przynalezania do czegos stabilnego. Widzialam jak ciesza sie na swoj widok. A ja? A ja stalam w innym miejscu niz zwykle. Chcialam to wszystko zobaczyc z boku. Chcialam potwierdzic moj wniosek, ze to nie jest jeszcze moje miejsce. Nie wiem czy kiedys bedzie. Moze dlatego, ze zamierzone pol roku jest okresem zamknietym. Ze po pol roku zalozenie przewidywalo moj powrot do domu... Po tym dniu: How are you?, How are you feeling? znienawidzilam jeszcze bardziej... Jesli odpowiem, ze wspaniale i ok... Bedzie to klamstwo, ale bede miala swiety spokoj... Jesli odpowiem, ze niezbyt dobrze... Wszyscy zaczna pytac sie: Why? Zadna odpowiedz nie jest dobra...
Wszystko nie tak
...dziennik pokladowy, londyn, sroda, dn. 4 styczen 2012 r.... Zaloznie bylo takie, ze przylatuje na pol roku... Gdy podjelam szybka i spontaniczna decyzje o zjawieniu sie w Londynie nie przypuszczalam, ze to beda ciezkie i trudne dni. Mialam przyleciec na pol roku, na zastepstwo za kogos kto poszedl na macierzynski. Mialam rowniez pracowac przez pol roku z Polka, ktora poznalam jednoczesnie w pracy i w domu (jako wspolpracowniczke i wspollokatorke). Wszystko bylo gotowe i ustawione jak to przyszlo mowic. Pol mojego zamierzonego okresu wlasnie minelo, a moja wspolpracowniczka wlasnie sobie odeszla... Zostawila mnie i sie zwolnila... Wszystko jest nie tak... Trudno nazwac mnie wkurzana, bo raczej sie nie denerwuje, ale jest to dla mnie niekomfortowa sytuacja. Jest mi ciezko ogarnac to wszystko samej. Na dwie bylo trudno, a na jedna to juz przegiecie. Znienawidzilam tutaj dwa grzecznosciowe pytania: How are you? How are you feeling? Codziennie pytaja mnie Ci sami ludzie o to samo... Mam tych dwoch pytan powyzej czubka glowy... Zaczekam na dziewczyne, ktora wroci z macierzynskiego czyli do swiat, a potem zobacze co bedzie... co postanowie... Chcialabym, by do tego czasu wszystko wyjasnilo sie i ulozylo w moim zyciu...
środa, 04 stycznia 2012
Sylwester i Nowy Rok 2012
...dziennik pokladowy, londyn, sobota-niedziela, dn. 31 grudzien 2011 - 1 styczen 2012 r.... Zostalam zaproszona do kolezanek na sylwestra, ale poniewaz nie bardzo mialam ochote na sylwestrowe pogaduchy, postanowilam zostac w domu i pogadac przez skypa z mama i tata. Rozmawiajac przygotowywalam sobie sylwestrowa kolacje, tak jak tadycyjnie jest to w moim rodzinnym domu. Przejscie starego 2011 w nowy rok 2012 spedzilam najpierw z rodzicami w Polsce, a potem mama spedzala ze mna w Londynie. Oczywiscie przez skypa :) Tak sie zlozylo, ze o polnocy czasu londynskiego wyrabialam chleb. Ale na chwile przerwalam i wyjrzalam przez okno, by zobaczyc fajerwerki. Jak wiadomo w Londynie mieszkam na tym samym pietrze co w Warszawie. Widok prawie identyczny, wiec fajerwerki zaliczone. Roznica widoku polega na tym, ze nie widze palacu kultury. Poczatek Nowego Roku minal mi przed komputerem. Z mama siedzialam do pierwszej mojego czasu, wiec i tak byla dzielna, bo ona wytrzymala do drugiej. Natomiast ja jeszcze popisalam smsy do znajomych i okolo trzeciej godziny poszlam spac. W poranek nowego roku obudzil mnie noworoczny sms od wujka. Dostalam go o 9.18. Duzo snu nie stracilam, bo sama mialam nastawiony budzik na 9.20. Tylko dlatego nastawilam budzik, gdyz rano miala wstawic chleb do upieczenia po jego nocnym rosnieciu. A skoro juz wstalam to zaczelam ogarniac wszystko... siebie, dom i paczke obiadow-podwieczorkowa do kolezanki... Stwierdzilam, ze skoro ona jest sama i ja tez to razem mozemy spedzic nowy rok. Zjesc obiad, cisto i razem wybrac sie do kosciola...
Swiateczny czas w domu
...dziennik pokladowy, warszawa, sobota-poniedzialek, dn. 24-26 grudzien 2011 r.... Po wigilii spedzilam swieta Bozego Narodzenia w rodzinnym domu. Znajome zakamarki, znajome przedmioty, znajome osoby czyli rodzice i babcia, dobrze znana choinka - w tym roku w innym miejscu niz zwykle (tzn. przesunieta o poltorej metra w prawa strone ;)) Ah... Milo... Najmilszy czas jaki mozna sobie wymarzyc na swieta. Warto bylo przyjechac. Nawet, gdybym miala spedzic tylko jeden dzien z nimi to i tak warto bylo wydac pieniadze na bilet i przyleciec do Polski... Tego czasu nikt mi juz nie odbierze. Zalowalabym bardzo, gdybym spedzila ten czas w Londynie, gdybym muisala tutaj zostac, czasem byc sama. Choc zostalam zaproszona do kolezanki na swieta to i tak nie byloby to samo co w domu... Dwa cudowne dni leniuchowania... Delektowanie sie znajomym miejscem. A mnie ciagnie bardzo do domu. Tak doslownie - do rodzicow i do samego domu, do miejsca, gdzie to cieplo rodzinne jest, bylo i mam nadzieje, ze zawsze bedzie. To niesamowity czas, wyjatkowy i bardzo niepowtarzalny, radosny i jednoczesnie smutny, ze tak krotki... Warto wracac... Czas z rodzina to bezcenny czas, ktorego nie przelicza sie na zadne pieniadze...
Podloga
...dziennik pokladowy, warszawa, sobota, dn. 24 grudzien 2011 r.... Moja koleznka wyjechala do Londynu 10 lat temu. Nie przewidywala nigdy odwiedzin na Boze Narodzenie w domu... Po osmiu latach, czyli dwa lata temu, tuz przed Swietami Bozego Narodzenia miala wypadek skuterem, zlamala czy tez skrecila noge, na miesiac wlozyli ja w gips. Trafila jej sie okazja wyjazdu do Polski, wiec pojechala. Nie miala czasu powiedziec rodzicom, ze przyjezdza... Kiedy mama zobaczyla ja w drzwiach to powiedziala jej: "Ale my nie mamy dla Ciebie lozka."... Przez dwa tygodnie spala na materacu na podlodze... Do czego zmierzam... Nie sadzilam, ze mnie spotka rowniez podloga. Tym bardziej, ze w samolocie marzylam i myslalam o tym, ze wyspie sie we wlasnym lozeczku... Hm... Pomarzyc dobra rzecz... Okazalo sie, ze moi rodzice zaprosili babcie na swieta, zeby po wigilii z nimi od razu pojechala... Tak wiec mnie rowniez czekalo spanie na pododze przez dwa dni... Jak milo... Nie ma jak w domu... Ale nie wazne i taka warto bylo przyjechac i spac na podlodze... Tak czy inaczej czy wraca sie do domu po kilku latach czy tez po kilku miesiacach nalezy spodziewac sie, ze brakuje dla nas lozka i mozna spac na podlodze... Gdy po powrocie opowiedzialam kolezance ta historie, obie sie smialysmy, obie bylysmy zadziwone takim niesamowitym splotem wydarzen... Tym bardziej, ze w Warszawie miaszkamy w sasiednich blokach...
poniedziałek, 02 stycznia 2012
Talerzyk dla niezapowiedzianego goscia
...dziennik pokladowy, londyn, warszawa, wolomin, dn. 24 grudzien 2011 r.... Wstalam o 5, by umyc glowe, zjesc sniadanie i spokojnie wyszykowac sie do wyjscia na autobus, metro i samolot... Lot mialam o 10.35. Wylatywalam to byl normalny ladny dzien. Lecialam nad chmurami, wiec cala droge w sloncu. Cudnie. Dolecialam do Warszawy to bylo szaro i mzylo. Juz nie tak fajnie i nie tak przyjemnie jak w Londynie. A w Wolominie padalo. A to podobno w Londynie jest okropna pogoda... O 15 godzinie wyszlam z warszawskiego lotniska, a o 16. 15 dotarlam juz do Wolomina, do cioci na wigilijna kolacje... Weszlam na podworko... Nikt nie wyszedl. Weszlam do domu, do przedpokoju i dopiero wszystkim szczeki opadly. Wczesniej nikomu nic nie mowilam, ze przylatuje. Nie chcialam robic nadziei, gdyby lot odwolano. Tym bardziej, ze lecialam na bardzo krotki czas. Radosci nie bylo konca, pytan takze... Bylam swiateczna niespodzianka dla wszystkich... A na pytanie: "Co ja tu robie?" Odpowiadalam: "Sprawdzam czy macie talerzyk dla niezapowiedzianego goscia". Tradycji stalo sie za dosc... Dodatkowy talerzyk byl przewidziany dla goscia, ktory w kazdej chwili moglby sie zjawic tak jak ja...
Czas, ktorego nie przelicza sie na pieniadze
...dziennik pokladowy, londyn, poniedzialek, dn. 19 grudzien 2011 r.... 19 grudnia po pracy, cala droge powrotna myslalam o tym, ze nie bede na Boze Narodzenie w domu... I okolo 18 godziny rozmawialam z mama, mowiac, ze nie przyjade na swieta... Bylo mi smutno... Ale mama rozumiala to... Doszlysmy do wniosku, ze sie nie oplaca, ze drogi bilet i kilka innych drobiazgow, ktore wykluczaly moje pojawienie sie na swieta w Polsce... Gdy skonczylam rozmowe oswajalam sie z ta mysla coraz bardziej... Okolo 20 godziny przyszli moi wspollokatorzy... Rowniez rozmawialismy o swiatecznym czasie... Tyle tylko, ze oni jechali na dwa tygodnie do Mieli racje... Pieniadze to nie wszystko. To rzecz nabyta. Sa albo ich nie ma. A ja nigdy ich nie mialam duzo... Radzilam sobie. I to mi wystarczalo... Natomiast czas, ktory powinno spedzic sie z rodzina nie powinno sie przeliczac na zadne pieniadze. To czas bezcenny i nie ma tu nic do gadania, nie mozna go kupic, a tym bardziej cofnac. Chwile pozniej mialam juz zabukowany bilet do Polski na rano 24 grudnia i na powrot wieczorem 26 grudnia... Jednoczesnie bylam szczesliwa z tego, ze zobacze rodzine i przerazona, ze tak szybko zmianilam zdanie dotyczace wyjazdu...
środa, 21 grudnia 2011
Nieznajomy z londynskiego metra
...dziennik pokladowy, londyn, czwartek, dn. 15 grudzien 2011 r.... Majac dziwny poniedzialek, nie sadzilam, ze to bedzie rowniez bardzo dziwny czwartek... Na uszach sluchawki i muzyka w tle. Stalam na stacji londynskiego metra, Earls Court... Nadjechalo metro w strone Wimbledon. Wsiadlam i zaczelam jak co dzien ogladac reklamy w tym srodku transportu. Doszlam do wniosku, ze sa nieciekawe, malo interesujace, okropne - jesli chodzi o wyglad i szate graficzna itd.. A dla kogos kto pracowal szesc lat przy reklamie i wie jak bardzo moze ona zainteresowac, zaintrygowac, zaciekawic i oczarowac spelniajac swoj zamierzony efekt wciagniecia w finansowa machine to angielska reklama jest dopiero w stadium zarodkowym. Moze to i lepiej, bo nie szpeci okolicy. A nim sie rozwinie to jeszcze troche to potrwa i troche czasu uplynie w swietym spokoju. Niewazne, nie o tym ma byc... Ogladam reklamy, spogladam na ludzi, a wlasciwie to spogladam na ich oczy, na czytane przez nich artykuly w gazetach, na tytuly ksiazek jakie trzymaja w reku itd... Nie skupiam sie nad tym az tak bardzo, poniewaz sa to obrazy, ktore mijaja mi przed oczami codziennie. Do czasu, gdy sama zauwazylam, ze ktos spoglada w moje oczy. Moze sie przyglada bardziej. Sadzilam, ze ten ktos przglada sie tak jak ja sie przygladam... czyli bez znaczenia... wiec wrocilam do dalszego ogladania tego co jest wokol mnie i przede mna. Wysiadlam na East Putney i skierowalam sie w strone Putney Station... Ale kiedy tylko wyszlam z East Putney, ktos zrownal sie ze mna krokiem i zaczal ze mna rozmawiac. Dziwne, bo ten ktos powiedzial, ze widuje mnie czasami na Earls Court, a to znaczylo, ze przygladal mi sie od dluzszego czasu, ze teraz wysiadl specjalnie, by ze mna porozmawiac, bo jechal dalej, ze lubi moje oczy. (Sadzilam, ze podrywanie na ladne oczy mi sie nie przytrafi, tym bardziej, ze nie trzymam sie romantycznych standardow, a wrecz od nich uciekam. Moze dlatego tez stwierdzilam, ze ten slogan jest okropnie glupi, niewiarygodny i w moim przypadku klamie). Ale szlismy dalej i rozmawialismy. Chcial zaprosic mnie do pubu na kawe, wziac numer telefonu, pocalowac... Nie zgodzilam sie na zadna z tych rzeczy. A w zasadzie na pierwsze dwie, bo pozwolilam na pocalunek w policzek. Wsiadl ze mna do 85, choc mowilam, ze caly czas oddala sie od swojego domu. Otworzyl dlon, wskazujac na to, bym podala mu swoja. Podalam i w tej wlasnie chwili poczulam, ze to jest bardzo mile uczucie. Bycie blisko z facetem, bycie przy meskim boku. Wiele razy czulam to uczucie. Wiele razy stwierdzalam, ze w samotnosci potrzebuje bliskosci mezczyzny w niespodziewanej chwili. I moze to byla taka chwila. Chwila akceptacji i zaufania. Wysiadl ze mna. Nadal probowal osiagnac powyzsze cele, ale zostalo tylko przytulenie i pocalunki w policzki... I to wszystko... Odeszlam. Musialam. To bylo wlasciwe. Opuscilam go zostawiajac z niczym... A moze zostawilam go z milym wspomnieniem, tak jak mile bedzie dla mnie...
poniedziałek, 12 grudnia 2011
Wyczyszczone buty
...dziennik pokladowy, londyn, poniedzialek, dn. 12 grudzien 2011 r.... Podobno wazna sprawa dla Araba jest zdobycie do swojej kolekcji Europejki... Zastanawialam sie wiele razy dlaczego? Dlaczego tak bardzo im na tym zalezy? Okazuje sie, ze Europejka podwyzsza ich spoleczny status. Niestety, ale ma to sens. Podobno dla Europejki moga zrobic wszystko... A dzis doswiadczylam czegos, czego nigdy w zyciu juz nie chcialabym i nie chce doswiadczyc. To byl moment. Chwila. Otoz kiedy w pracy zdazylam przebrac sie z ciuchow roboczych w ciuchy, w ktorych wychodzilam do domu, zrobilo sie wokol mnie jakies dziwne zamieszanie, a potem jeden Arab zlapal recznik, uklakl i zaczal czyscic mi buty (tak na marginesie to byly czyste)... W tej wlasnie chwili czulam sie okropnie, nieswojo, bardzo dziwnie, zaskakujaco, zle, bo w tej samej chwili ten czlowiek wygladal jak sluga, pies i niewolnik... A ja nigdy w zyciu nie ponizylabym do takiego stopnia zadnego czlowieka, majac chrzescijanskie poszanowanie i godnosc dla drugiego czlowieka, umilowanie... (Owszem, on jest sluga ksiecia, dla niego musialby to zrobic, gdyby ksiaze kazal mu wyczyscic buty, ale zrobic to jeszcze dla kobiety to dla nich najwieksze poswiecenie). I choc to on sam sie unizyl, bylo to dla mnie okrutne. Nie byla to dla mnie sytuacja ani zabawna, ani smieszna, ani komfortowa. Byla po prostu okropna... Mowie "nie" sytuacjom, ktore ponizaja jakiegokolwiek czlowieka. Zwyczajnie nie zgadzam sie na to...
niedziela, 04 grudnia 2011
Po przyjeciu w jadalni
...dziennik pokladowy, londyn, piatek, dn. 2 grudzien 2011 r.... W czwartek dowiedzialam sie, ze w piatek ksiaze robi przyjecie. No to bede miala busy day. Nie bylam zbyt szczesliwa. Poniewaz mam bardzo dobra organizacje wlasnej pracy, udalo sie wszystko zrobic na czas. A po przyjeciu... Caly personel jadl w ksiazecej jadalni. Dla mnie to zupelnie niesamowite i bardzo ciekawe miejsce. Sprzatajac ja codziennie, widze jak sa pieknie nakrte stoly. To zasluga Stiwa, a poniewaz Stiw jest perfekcjonista co do przystrajania jadalni, wiec zawsze jestem zachwycona jego wymyslnymi i cudownymi dekoracjami. I szczerze mowiac dla szaraka takiego jak ja, ktory nie mial doczynienia nigdy w zyciu z ksiazecymi obyczajami, jedzenie w jadalni wywarlo ogromne wrazenie, i choc czulam sie troche nieswojo w tak ogromnym pomieszczeniu to bardzo mi sie podobalo. Po poznym obiedzie pomoglam troche w sprzataniu...
Adwent w Londynie
...dziennik pokladowy, londyn, niedziela, dn. 27 listopad 2011 r.... Zaczal sie nowy rok liturgiczny w kosciele, adwent i moj pierwszy zagraniczny rok, rok na obczyznie. Jeszcze nie odkrylam dlaczego tu wyladowalam. Nie wiem dlaczego Bog mnie tu poslal. Zyje z dnia na dzien. Pracuje jak tylko potrafie najlepiej... I tak mijaja mi dni... Postanowilam w tym roku chodzic na roraty. Odzwyczailam sie od wczesnego wstawania. Abstrakcja dla mnie jest wstanie o 6, ale zaciskam zeby i wstaje. (Nie wiem, jak w Polsce wstawalam o 5). A po roratach spokojnie zdazam do pracy. Pomyslalam, ze to dobre postanowienie na adwent, wiec dlaczego mialabym z tego nie skorzystac. Tym bardziej, ze jest odczytywane zycie blogoslawionego Jana Pawla II. I jak do tej pory to byl naprawde dobry pomysl, tylko ze wstawaniem z kazdym dniem jest gorzej. Na szczescie jeszcze sie nie spozniam. Nie mam zamiaru.
poniedziałek, 28 listopada 2011
Spacer nad Tamiza
...dziennik pokladowy, londyn, niedziela, dn. 27 listopad 2011 r.... Spacer brzegiem Tamizy w okolicach Putney Bridge... a to oznaczalo bardzo ladna jesienna, sloneczna i ciepla, choc bardzo wietrzna pogode... glowy mi nie urwalo, wiec jest na miejscu... Bardziej wialo nad Tamiza niz w uliczkach zabudowanych trzy-, czterokondygnacyjnymi domami. Poziom Tamizy dzisiejszego dnia byl bardzo niski. Londyn to podobno miasto singli i ludzi samotnych... Hm... Pewnie cos w tym jest, bo jakby nie patrzec tez tu wyladowalam... Chce dodac, ze to miasto rowniez antykow... I o tym bym dzisiaj chciala napisac... Otoz wyobrazcie sobie krzesla u naszych prababc - najprostrze, cale drewniane (ja takie krzesla pamietam, ze byly u naszej sasiadki, gdy mieszkalam w Wolominie, a drugi model to nawt u mnie byl w domu) to takie krzesla stoja w barach, pubach i mieszkaniach, przy kafejkach na ulicach. Tutaj nawet nie ma nowoczesnych mebli, bo po pierwsze nie pasuja do angielskiego stylu, po drugie tutaj chyba nikt nie lubi nowoczesnego stylu. Choc mozna zauwazyc scieranie sie angielskiej architektury (typu kurort malego rybackiego miasteczka) z nowoczesnymi budowlami (typu elegancko wygladajacy hotel i drapacz chmur). Spaceru nad Wisla niestety nie mozna porownac do spaceru nad Tamiza. Tamiza smierdzi jak port rybacki, a przycumowane lodzie, kutry i barki naprawde sprawiaja wrazenie polskiego letniego kurortu nad Baltykiem. A hotele nad Tamiza dla bogatszych anglikow wygladaja jak nowoczesne uzdrowiska we Wladyslawowie i Jastarni stojace nad samym morzem. I choc lubie spacer nad Wisla, bo jest polski i warszawski, no i moj to teraz bardziej zafascynowana jestem i wzdycham chyba bardziej na spacer nad Tamiza. Cudze chwalicie - swojego nie znacie... Ktos moglby tak rzec, ale na szczescie ja moge porownac te dwa spacery - sa inne, niepodone do siebie, nieporownywalne i niech tak zostanie.
Dwa miesiace
...dziennik pokladowy, londyn, dn. 21 listopad 2011 r.... Czas szybko leci. Dwa miesiace jak z bicza strzelil. Powoli zaczynam zwiedzac Londyn. Zastanawiacie sie dlaczego dopiero teraz? Otoz pracuje 6 dni w tygodniu, wiec nie mam zbyt duzo wolnego czasu ani dla siebie, ani na zwiedzanie miasta, a na dodatek 15 godzina i jest juz ciemno. Gdyby to bylo lato, mozna byloby jeszcze po pracy gdzies pojechac i cos zobaczyc, a tak ciemno i nic nie widac, a nocne oswietlenie to nie to samo co widok w dzien, wiec zostaje mi tylko niedziela. Do tej pory niedziele organizowali mi znajomi, bym nie czula sie zbyt samotna. Milo z ich strony. Natomiast ostatnio zrobilam kilka samotnych wycieczek, na spokojnie, nikt mnie nie pogania i nie przegania z miejsca na miejsce. Robie zdjecia, ale zaladuje je dopiero w grudniu, jak juz kupie wlasnego laptopa, bo z cudzego to tak kiepsko... Bylam Hyde Parku... W srodku jest jeziorko. Na nabrzezach trzy restauracje, wynajem lodzi i wodnych rowerow i wiecie co? w srodku miasta mozna poczuc sie jak w jakiejs nadmorskiej miescinie. Pieknie. I na dodatek Hyde Park jest naprzeciwko mojej roboty, wiec bede tam czestym bywalcem, bo naprawde jest pieknie w tym miejscu. Zyje, pracuje i nie czuje sie obco, bo na ulicach slychac wszedzie Polakow, szkoda tylko, ze czasem uszy wiedna od bluzgania. Pod tym wzgledem chyba nie ma sie co chwalic. Jesien jest super, ciepla i bardzo mila w Londynie, jedynym akcentem, ktory przeszkadza sa reklamy swiateczne i dekoracje swiateczne juz od dwoch miesiecy. Dziwnie slyszec swiateczne piosenki. Dziwnie jest ogladac zimowe (lacznie ze sztucznym sniegiem) dekoracje w witrynach sklepowych, w miejscu, gdzie ten snieg nie pada. Kolezanka, ktora jest tutaj juz 10 lat mowila, ze w Londynie snieg najdluzej byl 1 tydzien. A gdy spadl, wszystko totalnie sparalizowal, autobusy nie wyjechaly na ulice, metro przestalo jezdzic, ludzie zucili sie na markety i wykupili cala zywnosc, nikt nie dojechal do pracy. Anglicy nie sa przygotowani na snieg. To nie tak jak w Polsce, ze piaskarki cala noc pracuja i odsniezaja. Mozemy byc dumni, ze u nas jest jakas organizacja na to pogodowe zjawisko. Wiec zimowe dekoracje naprawde wygladaja dziwnie w witrynach, gdy na dworze jest piekna jesien.
Kolejny miesiac
...dziennik pokladowy, londyn, dn. 21 listopad 2011 r.... Londyn w listopadzie, a w zasadzie to moje zycie tutaj, juz dwa miesiace bedzie. Jak sie czuje? Dosc dobrze jesli chodzi o moje zdrowie. I... Dosc dziwnie, zdala od wszystkich, zdala od tego co jest mi znane. Londynczycy mnie zadziwiaja, zaskakuja... Na kazdym kroku lapie sie na tym, ze komus sie przygladam i usmiecham pod nosem, bo albo zadziwia mnie ich mina, albo zadziwia mnie ich ubior. Tu naprawde mozna wszystko zobaczyc. Dziwaczne stroje to jest ich chyba charakterystyczna i zaczynam przypuszczac, ze narodowa cecha. Tu nawet biznesmen dziwacznie wyglada. Ale bardzo podoba mi sie to, ze ludzie dbaja tutaj o zdrowie sportowo. Jest bardzo duzo ludzi jezdzacych na rowerach i biegajacych i to nie wazne jest jaka jest akurat pogoda. Szczerze mowiac to z ta pogoda nie jest tak zle. Jest cieplo. W dzien slonecznie. Nie pada, a jak pada to raczej mgliscie czyli jak ze spryskiwacza do kwiatow, wiec tak czy siak pogoda sprzyja ruchowi. Zapomnialam wam wczesniej napisac, ze tak jak u nas pewnie dopiero teraz zaczyna robic sie swiatecznie, bo minal juz 1 listopad, a tu ubrane choinki w sklepach pojawily sie wraz z pierwszym pazdziernikiem :) Nie jest to pomylka. Jak tylko przyjechalam tutaj to tydzien pobytu i zaczely, jak grzyby rosnac choinki w witrynach sklepowych czyli dokaldnie tak na poczatku pazdziernika. Zaczely pojawiac sie reklamy swiateczne w telewizji. U nas jeszcze byla akcja znicz :) Anglicy podobno duzo wczesniej kupuja swiateczne prezenty. Wiec chodze i sama cos ogladam. Nie zeby kupic, ale tak ogladam, bo co mam innego robic po pracy :) W srode chodze do pubu albo w niedziele :) na goraca czekolade, tutaj jest rewelacyjna i nareszcie stac mnie na to, zeby rzeczywiscie isc po pracy do pubu i kupic sobie bez wyrzutow sumienia ja w tym pubie. To miasto wciaga. Bardzo szybko mozna w to wejsc, w otoczenie, w wir pracy, w nowe znajomosci i wydaje mi sie, ze w nalogi rowniez (jak zakupy czy siedzenie w pubie i potem w drobny lekki alkoholizm). Nie wiem czy jest lekki alkoholizm, bo dla mnie alkoholizm to alkoholizm, naduzywanie trunkow. Ci moi znajomi, z ktorymi o tym rozmawiam zalozyli u mnie rok, ze zaczne pic piwo i trunki. Zastanawiam sie czy majac mocny grunt w moim przypadku i to, ze nie lubie zapachu piwa nie zachwieje ich teoria. Nie chcialabym, zeby ich zalozenie sie sprawdzilo, ale zycie tutaj jest inne, bardziej rozrywkowe, weselsze, bardziej ekspresyjne. Mimo, ze puby zamykane sa okolo 23, i bardzo nieliczne pozniej.
Gdy spojrzy sie na ludzi na ulicy to srednia wieku jest tu mala, mloda, nie wiem jak to napisac, ale chyba zrozumiecie. Widac dzieciaki, mlodziez i ludzi mlodych, maksymalnie do wieku ok 35-40 lat. Sa tutaj rozne narodowosci, wiec rzeczywiscie swoje kraje opuscili mlodzi ludzie. Z jednej strony jest to troche przerazajace, bo pozostawione kraje sie starzeja, wiec dla mlodych ludzi nie widac perspektyw na dobre zycie we wlasnym kraju, skoro jest tutaj tak duzo takich mlodych ludzi. Moze to fascynacja zarobkami, mniejsza biurokracja, prostszym rozwiazaniem na zycie. Ciekawostka :) W Polsce sa sklepy po 5 zl. Tutaj powstaja sklepy po 1£. Polacy nazwali go "funciak" :) Jeszcze nie bylam, ale za jakis czas zobacze co to za chinszczyzna ;) W dosc niskich cenach kupic mozna naturalne produkty (wyroby ze skory, bawelny, welny...), dostepne dla przecietnego czlowieka, gdzie w Polsce to produkty zanikajace na poczet elastyny, poliestru itp. nieoddychajacych materialow. Chinszczyzna jeszcze nie weszla. Nie wiem czy to tylko kwestia czasu, czy raczej dbaja o wyroby wysokiej jakosci, ale dostepne dla kazdego. Wciagam sie w zycie tutaj :) Jest fajnie :)
niedziela, 27 listopada 2011
Funt i zlotowka czyli finansowa lamiglowka
...dziennik pokladowy, londyn, dn. 21 listopad 2011 r.... Jesli przeliczasz funta do zlotowki to wydaje sie ze to calkiem sporo pieniedzy. 1£ - 5 zl. Pewnie tak jest. Jesli zlotowki do funta to wrecz przeciwnie to calkiem malo... 5 zl - 1£. O co mi chodzi? Zarabiajac w funtach i wydajac to w funtach to powiem wam, ze tutaj zycie jest trzy razy tansze jesli chodzi o wyposazenie domu w sprzet gospodarstwa domowego i biurowego. Zalozmy 1500 zl i 1500 £ - np: w Polsce na laptopa trzeba wydac cala pensje (a czasem jedna i troche drugiej) tutaj tego samego laptopa kupisz za jedna trzecia pensji (300-600£). Np: glupia babska torebka, skorzana, z grubej jednolitej skory (nie z cieniutkich skrawkow) - w P. > 200 zl, w A. 60£. Recznik kompielowy gruby i bawelniany - 25 zl i 5£. W przeliczeniu to ta sama kwota, ale w stosunku do pensji znacznie mniej. Tutaj stac Cie na wiecej. Jest wiecej ubran i produktow z materialow naturalnych (skora, bawelna, welna, kaszmir) i te produkty sa tansze i bardziej dostepne dla zwyklego czlowieka, niz w Polsce. W Polsce zalewa nas chinski plastik, nylonowe ubrania i nieprzepuszczajace powietrza buty. Tutaj inwestuja we wlasne produkty i wzbogacaja wlasnych przedsiebiorcow. Zaczelam zastanawiac sie czy nie zamowic tira i nie wymienic sobie calej garderoby :) Ok to tyle matematyczno-finansowej lamiglowki. U mnie ok, trzymam sie dobrze, czuje sie calkiem dobrze i choc Londyn to jedno z najwiekszych miast na swiecie, a wiec rowniez spory uliczny ruch i spaliny to jednak miasto jest zielone, bo przed kazdym domem jest ogrodek, co chwila rosnie jakies drzewo a wilgoc sprawia, ze nie czuje sie spalin, oparow i pylow, wiec moje pluca oddychaja, kaszlu nie mam, jest cieplo, bo wystarczy podkoszulka i sweterek.
Kuchnia w Anglii
...dziennik pokladowy, londyn, dn. 21 listopad 2011 r.... Wiesci z kuchni. Jak wam wiadomo mam troche pomieszana kuchnie, gdyz czesciowo jadam po angielsku, czesciowo po arabsku i czesciowo po polsku... hm... i mysle, ze my mamy bardzo dobre jedzenie, wiec ten kawalek opisu pomine. Natomiast jesli chodzi o angielsko-arabskie to nie mam pojecia czasem co jest co, ale jak tylko cos jest na obiad co ladnie wyglada i nie przypomina jakis brei dziwnie smakujacej to nie omieszkam tego probowac, najwyzej zostawiam na talezu i drugi raz nie biore :) Podobno Anglicy nie maja wlasnych potraw. Nie bardzo tez potrafia gotowac i zawsze kupuja gotowe produkty do spozycia, ugotowania czy smazenia. Jak do tej pory udalo mi sie jesc cos takiego jak opisuje poonizej... Kurczak - jak kurczak, w panierce raz ostrzejszy raz mniej, ale zeby odroznic jaka to jest czesc kurczaka to nie sposob, dlatego, ze nie kroja go przykladowo, udko, skrzydelko, piers itd. lecz chyba jak im noz popadnie czyli w kratke, wiec np: z kawalkiem piersi jest jakis kawalek czesci skrzydla, a kazdy kawalek w garnku wyglada tak samo... Baranina - jesli chodzi o to mieso, to jest super, zawsze mi smakuje. Jest tu jeszcze cos co nazywaja kulkami miesnymi, cos ala klopsiki tyle tylko ze raczej w sosie niz w warzywach. Indyk - ale byl w piatek, wiec go nie probowalam. Szkoda... Warzywa pieczone sa super, wiec je jadam. Bardzo rzadko wystepuja ziemniaki i makaron, ale jak tylko sa to odstawiam wszystko inne (czyli ryz). Nie przypuszczalam ze tutaj polubie ziemniaki :) ziemniaki z groszkiem polecam... czasem sa zapiekane ziemniaki w formie zapiekanego piure - calkiem dobre... Czasem jest tez lazania, ona tez jest dobra. Zapiekane w ciescie parowki, tunczyk w buleczkach i kopertki miesne... Jadalne... Pieczony chlebek - cos jak pita, jest ok. A co piatek jest ryba... Ciasta i ciasteczka - tu bywa znacznie gorzej, dlatego ze robia bardzo cieniutkie kruche ciasto i wlewaja do tego ciasta jakas smakowa mase i to zapiekaja. Masa ma konsystencje sernika wiedenskiego, budyniu lub ptasiego mleczka, jest gabczasta i mokra i szczerze mowiac nie smakuje dobrze na jezyku, a smakowo to zalezy czasem jest dobra (jak czekoladowa) a czasem nie (jak daaktylowa - choc daktyle lubie). Czasem jest krecone i slodkie ciasto z migdalem lub orzechem na wierzchu - dobre i da sie go zjesc. Co chwila kolezanka przynosi mi ciasteczka arabskie, ale na cztery, ktore probowalam jedno nadaje sie do jedzenia, reszta jest niejadalna. Mysle, ze na wiecej juz sie nie skusze. Natomiast jeden z kucharzy robi super torty i one sa rewelacyjne.
Blizniacze kamienice
...dziennik pokladowy, londyn, dn. 20 listopad 2011 r.... Dom w ktorym pracuje to sa dwie polaczone ze saoba czteropietrowe kamienice z piwnica, w ktorej znajduje sie kuchnia, silownia, sauna i basen oraz poddasze, na ktorym my mamy wypoczynek (my? tzn. klasa pracujaca). Na grand flor (parter) sa dwa hole zlozone z trzech czesci, w jednej kamienicy biuro, a w drugiej w tym samym miejscu maly pokoj dzienny, po przeciwnej stronie sa dwa polaczone ze soba ogromne dzienne pokoje do przyjmowania gosci, (oczywiscie pietro wyzej w tym samym miejscu sa polaczone dwie jadalnie) przy kazdym tym pomieszczeniu jest lazienka i w kazdym pomieszczeniu jest telewizor i sprzet muzyczno-filmowy. Na pierwszym pietrze jest podwojna jadalnia i ogromny pokoj dzienny oraz cos co mozna nazwac biuro-biblioteka (a ksiazki leza nawet na ziemi). W jednej kamienicy sa schody spiralne i to jest czesc ksiezniczki, a w drugiej kamienicy sa schody po kwadracie i to jest czesc ksiecia. Drugie pietro to pokoj mlodego ksiecia plus nianki i innych pomocnic. Trzecie pietro to sypialnie blizniaczek plus ich swita. Czwarte pietro to sypialnia ksiezniczki w jednej kamienicy a w drugiej ksiecia. A teraz wyobrazcie sobie, ze w kazdym tym pokoju sa ponastawiane (gorzej jak w muzeum, z ta roznica, ze tutaj te przedmioty blyszcza, bo sa codziennie czyszczone): wazy, polmiski, kieliszki (to wszystko ozdobne, bo nikt z nich nie je i nie pije) jedynie uzywane sa srebrne podstawki pod szklanki, ktore wystawione sa na wszystkich rogach stolikow, a stolikow w pokoju potrafi byc 6, lupy, puzderka, popielniczki, zegarki, swieczki, szkatulki, lampki, szklane kulki, kule, kuleczki, muszle, muszelki, zwierzeta, zwierzatka, wypchane rekiny, na dodatek wszystkie te przedmioty w najrozniejszych ksztaltak, kolorach i wykonane z roznych materialow, poczawszy od szkla, drewna, poprzez marmury, brazy i metale, plus ksiazki, plus ramki ze zdjeciami, na kazdym fotelu i kanapie po 6-10 poduszek. Wyobrazcie sobie, ze tych przedmiotow jest od cholery i jeszcze ciut ciut. Gdyby ktos rzucil monete w powietrze to zawisla by w powietrzu, bo nie mialaby miejsca, zeby spasc. To tak z grubsza.
sobota, 26 listopada 2011
Parapetowa u Tomka
...dziennik pokladowy, londyn, sobota, dn. 19 listopad 2011 r.... Sobotni wieczor. Mialam dojechac do nowego mieszkania kolegi, gdzie zaprosil mnie na parapetowe. Rety... jak mam przebrnac przez miejska komunikacje w centrum miasta? Zwlaszcza, ze okolica jest mi jeszcze nie znana. Nazwy docelowe na autobusach i numery linii tez mi nic nie mowia. W tym wielkim miescie czuje sie troche zagubiona, ale nie wiem jak to jest, ze zawsze gdzie wysiade to kieruje sie we wlasciwa strone. A przeciez mam tylko 50% szans, ze wybrany przeze mnie kierunek jest wlasciwy... Dotarlam. Okolica calkiem mila i spokojna, jesli chodzi o uliczny gwar. Chlopaki mieszkaja w cichym miejscu. To byl bardzo mily i przyjemny wieczor. Znajomi Tomka sa naprawde bardzo sympatyczni, radosni i juz przesiaknieci londynskim zyciem, a jego chlopak jest przemily, zyczliwy i bardzo towarzyski. Tego dnia zdechl mi chomik, Crumble... Dowiedzialam sie o tym nastepnego dnia, wiec caly poranek szlochalam... To bylo moje kochane zwiarzatko...
niedziela, 20 listopada 2011
Piatki w Londynie
...dziennik pokladowy, londyn, piatek, dn. 18 listopad 2011 r.... Piatki w Londynie spedzam na filmowo... Przy polskiej parafii organizowany jest filmowy piatek dla Polakow, wiec jesli nic nie mam zaplanowane to tam wpadam. By choc przez chwile pobyc z ludzmi, ktorzy mowia jednak w ojczystym lecz troche lamanym juz jezyku polskim. Wynika to z tego, ze sa tu juz dosc dlugo, a nie majac stycznosci z poprawnym jezykiem, lapie ich na tym, ze robia jezykowe bledy. Dla kogos kto przez szesc lat pracowal w korekcie i zwazal uwage na poprawnosc jezykowa to wydaje sie z jednej strony smieszne, bo mozna obserwowac jak to Polacy radza sobie ze slowotworstwem wymyslanych przez siebie odmian wyrazow, ktore w ojczystym jezyku nie wystepuja. Z drugiej strony to straszne, bo traca polska tozsamosc jezykowa. Film byl do kitu. To nie dla mnie taki komediowy repertuar. Zalowalam potem, ze nie zostalam w domu, bo w brytyjskiej telewizji leciala trzecia czesc Transportera. Poprzednie bardzo mi sie podobaly, wiec mysle, ze bylabym bardziej zadowolona raczej z domowego kina. Coz... tak sie nie stalo. Bylo. Minelo.
niedziela, 06 listopada 2011
Pierwszy listopad - Wszystkich Swietych
...dziennik pokladowy, londyn, wtorek, dn. 1 listopad 2011 r.... W Polsce to dzien odwiedzin na cmentarzu... W Anglii i na dodatek u mojego pracodawcy to normalny dzien, gdyz nie obchodza takiego swieta, wiec moj pierwszy listopad byl w pracy. Wieczorem zdazylam na msze i modlilam sie za babcie i dwoch dziadkow, a u siebie w oknie zapalilam trzy swieczki... Coz... nie bylo zadumy jaka zawsze towarzyszyla mi, gdy widzialam znicze na cmentarzu... Tutaj to zupelnie inny dzien... Nijaki, bez wyrazu i tego specyficznego charakteru... Na innym ladzie mozna nawet za tym zatesknic...
niedziela, 23 października 2011
Pierwszy miesiac w Londynie
...dziennik pokladowy, londyn, piatek, dn. 21 pazdziernik 2011 r.... Im dluzej jest sie w obcym miejscu, tym realniej patrzy sie na otoczenie z uplywem czasu. Moj pierwszy miesiac pobytu w Londynie wlasnie minal. I to minal bardzo szybko. Czy tutaj czas leci szybciej? Poczatkowa fascynacja tym miastem zaczyna powoli mijac i przechodzi do porzadku dziennego. Im dluzej sie przygladam wszystkiemu, tym czesciej stwierdzam, ze niektore rozwiazania sa zupelnie niepotrzebne, niepraktyczne i dosc dziwne jak na cywilizowany kraj. Ale podobno co kraj to obyczej i niech tak zostanie. Powoli przyzwyczajam sie do komunikacji miejskiej, choc nadal sprawia mi to troche klopotu jesli chodzi o rozgladanie sie i wybranie poprawnego kierunku. Razi mnie bardzo brud na ulicach, porozwalana butelki, puszki, gazety, opakowania i przeganiane wiatrem papiery z miejsca na miejsce. To jest okropne. Najgorsze, ze nikomu to nie przeszkadza. Panuje tutaj tak znieczulica, jak chyba w zadnym innym kraju na swiecie. Styl angielski w architekturze i umeblowaniu... Podobaja mi sie nieotynkowane kamienice, czteropietrowe, ale okiennice i w srodku typowy styl angielski juz nie bardzo, wole nowoczesniejszy styl, bardziej prosty, wygladzony. Moda... Panuje tutaj taka dowolnosc, ze dziwaczne stroje, ktore zaliczane sa raczej do strojow na bal kostiumowy i tematycznych imprez czy tez wieczorow panienskich, kawalerskich itp., ze nikt nie zwraca juz na to wiekszej uwagi. Moze tytlko turysta lub swiezoprzybyly gosc zastanowi sie w myslach czy z takim czlowiekiem wszystko jest ok. i czy nie wymaga specjalistycznej opieki. Dziwie sie, bo w sklepach jest naprawde duzo ladnych ifajnych rzeczy, ktore kobiety powinny nosic, a nie przykladaja do tego jakiegokolwiek starania. Dlaczego wiec maja pretensje do Polek, ktore prawie zawsze ladnie wygladaja? Zauwazylam tez, ze niektore ciemnoskore kobiety probuja ladnie wygladac i im to sie udaje. Ale angielki? - niedbaja o to, wiec powinny miec pretensje tylko do samych siebie... Pogoda - smiac mi sie chcialo, jak pewnego dnia ochlodzilo sie do 12 stopni... Na to jeden gosc powiedzial do mnie, bym sie cieplej ubrala, bo zamarzne. Szczeka mi opadla, bo myslalam, ze jest kolo zera, a to taka typowa jesienna pogoda, sloneczna i dosc ciepla, do ktorej przyzwyczajona bylam w Polsce. Chyba musze przyzwyczaic sie, ze dla nich +10 stopni na dworze to juz mroz. Dla mnie mroz jest raczej w domu, gdy musze przyzwyczaic sie do temperatury +18-+21 stopni, gdyz przyzwyczajona bylam do domowego ciepla +26. Adoptowani znajomi... Poznaje ich bardziej, obserwuje ich zachowania i charakter, ale to i tak zbyt krotki czas, by moc nazwac ich wlasnymi znajomymi... Jest latwiej i milej, gdy nie jest sie samemu, a oni traktuja Cie juz, jakbys juz nalezala do ich paczki...
|